Najgłośniejszym tematem medialnym weekendu była sprawa interwencji służb ratowniczych w jednym z mieszkań w Gdańsku. Wprawdzie od poniedziałkowego poranka na czołówki wybiły się wyniki referendum w Krakowie, ale temat nie zniknął. I to niezależnie od tego, że to głównie polityczne bicie piany, które może przynieść wiele szkody w społeczeństwie.
Dobre dziesięć lat temu, w sobotnie letnie popołudnie wyszłam na krótki spacer na osiedlu. Pół godziny później już nie mogłam wrócić – z klatki schodowej dochodził tylko gęsty dym, a pod dom zajeżdżały wszystkie możliwe służby. Paliło się mieszkanie sąsiadki na moim piętrze. Ja nie mogłam wejść, syn nie mógł wyjść z domu – wyszedł tylko na balkon, żeby nie wdychać dymu.
Z samym ugaszeniem ognia szybko sobie poradzili, choć jeden pokój został całkowicie spalony. Wyprowadzono stamtąd sąsiadów (trafili na obserwację do szpitala), na noszach wyniesiono ich syna (to on zaprószył ogień i jego pokój spłonął, kilka dni później zmarł w wyniku poparzeń) . No, a potem straż zaczęła sprawdzać wszystkie pozostałe mieszkania – czy przypadkiem gdzieś ktoś nie ucierpiał i nie potrzebuje pomocy. Blok z wielkiej płyty, szyby wentylacyjne przez wszystkie piętra, gęsty dym naprawdę się rozniósł. Wprawdzie strażacy siłowo otworzyli tylko 2 pary drzwi wejściowych (do przedsionka i tego mieszkania, gdzie wybuchł pożar), ale z drugiej strony bloku są duże loggie i straż pożarna zaczęła ustawiać drabiny, aby od tamtej strony dostać się do niektórych mieszkań. Jednak łatwiej i taniej jest zbić szybę w oknie niż wyłamywać drzwi. Udało mi się zapobiec takiemu wejściu do mojej sąsiadki – po prostu zadzwoniłam do niej, żeby upewnić się, że nie ma jej w domu, podałam telefon szefowi straży pożarnej i przekonała go.
Przepraszam, za ten wstęp, ale w kontekście wydarzeń związanych z mieszkaniem matki prezydenta – moim zdaniem ma to znaczenie. Służby ratownicze muszą podejmować działania. Dom rodzinny PKN jest niewielki, nie ma tam wielu mieszkań, wiec sąsiedzi z pewnością się znają. Czy nikt nie zareagował? Widząc służby zaglądające przez okna i w końcu wyłamujące drzwi? Trudno uwierzyć, przecież mieszka tam starsza osoba, choć może nie utrzymują z sobą kontaktu. Stosunki sąsiedzkie bywają czasem skomplikowane. Nawet jednak, gdyby było wiadomo, że to mieszkanie maki prezydenta – to co służby miały zrobić? Poczekać na decyzję polityczną, potwierdzoną przez kolejne szczeble władzy? Wiedząc, że za drzwiami może leżeć ktoś nieprzytomny, pilnie potrzebujący pomocy? Przecież to tak żenujący absurd, że aż trudno uwierzyć, że PiSowcy powielają taką narrację….
Też mieszkam w Gdańsku i mam nadzieję, że gdy kiedyś będę potrzebowała pomocy gdyż np. stracę przytomność w wyniku hipoglikemii, służby ratownicze nie zawahają się przed wejściem, jeśli trzeba – z drzwiami lub oknem.








