
Gdyby nie wybory przewodniczącego, mało kto pamiętałby , że jest taka partia jak Polska 2050 Szymona Hołowni. Owszem, mają 31 posłów, swoich przedstawicieli w rządzie i są niezbędni w koalicji, ale sama partia to już pieśń przeszłości. Wybory w partii sprawiły, że znowu jest o nich głośno, ale to raczej mało pozytywny rozgłos, gdyż opiera się na śmiechu i stanowi tylko źródło memów.
Cóż, PL2050 to kolejna partia na polskiej scenie politycznej zaorana przez jej twórcę i przewodniczącego. Wielki zryw oddolny, sukces, a potem spadek na dno. Podobnie było z Palikotem, Nowoczesną Petru (też się wówczas nabrałam). A co zrobił Robert Biedroń z Wiosną? Czy w opozycji do SLD nie miała być to całkiem nowa lewica? Oparta na ideałach? A potem okazało się, że wbrew własnym zapowiedziom – szef Wiosny jednak nie zrezygnował z ciepłej posadki w europarlamencie. Pięć lat później udało mu się jeszcze załatwić mandat dla swojego partnera. I to by było na tyle.
Kto pamięta jeszcze, że teoretycznie w polityce funkcjonuje jeszcze Paweł Kukiz? Ten, który miał nie zdradzić ideałów, nie zeszmacić się? I jak to się skończyło?
Niestety, Szymon Hołownia okazał się kolejnym przywódcą, który zaprzepaścił zgromadzony kapitał społeczny. Miał duże szanse na zbudowanie czegoś nowego i dobrego, a wyszło jak zwykle. Nadmiernie rozbuchane ego i przekonanie o własnej wyjątkowości niedocenionego przez wszystkich wokół lidera i mamy efekt szorowania po dnie.
Co będzie dalej z wyborami w PL2050? Nie wiem i w zasadzie mało mnie to interesuje. Ważne i istotne jest tylko to, czy i ilu polityków tej partii nadal pozostanie w koalicji – to sprawa kluczowa. Choć osobiście nie lubię Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz, moim zdaniem jest okropna. Za to Paulina Henig-Kloska jest nieco mdła, bez charyzmy. No, ale to nie moje zmartwienie.
I warto tu też podkreślić, że to wszystko to nie wina Tuska!


