Życie w czasach zarazy

Mamy pandemię koronawirusa, najgorsze jeszcze przed nami. Od wczoraj nie ma już białych plam, każde województwo ma potwierdzonych zarażonych. I nie miejmy złudzeń – te statystyki to czubek góry lodowej. Gdyby wykonywano więcej testów, liczby wyglądałyby zdecydowanie bardziej przerażająco. Moim zdaniem pytanie o pobyt za granicą w chwili obecnej (a z każdym dniem coraz bardziej) nie ma już sensu. Wirus krąży, spotkać go możemy także w osiedlowym sklepiku, w tramwaju czy w drodze do pracy, zupełnie bez prostego związku z kimś powracającym z innych krajów.  Póki co uczymy się z nim żyć choć łatwo nie jest. Nie da się wszystkich wysłać na przymusową/dobrowolną kwarantannę, choć widać, że wszystko wokół nas coraz bardziej się zwija.

Jednym z istotniejszych ograniczeń jest paraliż służby zdrowia.  Owszem, w obecnej sytuacji sprawą oczywistą jest, że wszystkie siły są kierowane na front walki z koronawirusem, ale  inne choroby wcale nie zniknęły. Mnie dopadło dość bolesne uszkodzenie barku. Na szczęście udało mi się jeszcze w ubiegłym tygodniu dostać do lekarza POZ i zrobić rentgen. W tym tygodniu przychodnie już zamknięte, jedynie w pilnych przypadkach można próbować się umówić na teleporadę. Miałam szczęście, rozmawiałam telefonicznie z moim lekarzem, widział moje zdjęcie rentgenowskie i ustaliliśmy jak doraźnie przetrwać ten trudny okres. Dobrze też, że są e-recepty. Mam nadzieję, że dam radę. Generalnie jednak – zapisy do wszystkich specjalistów we wszystkich przychodniach są wstrzymane. Póki co – do końca miesiąca, a potem zależy od rozwoju sytuacji. Nie można też zrobić żadnych badań lekarskich, wstrzymane są też badania okresowe pracowników. Zgodnie z Kodeksem Pracy – pracownika bez ważnych badań nie można dopuścić do pracy, nie może też być wysłany na urlop. Co pracodawcy robią w takich przypadkach?
Wczoraj w necie czytałam także info, że jeden ze szpitali onkologicznych (nie pamiętam w jakiej miejscowości) został przekształcony na szpital zakaźny, a wszyscy dotychczasowi pacjenci muszą poszukać sobie innego szpitala. To już z pewnością poważna sprawa, która boleśnie może dotknąć chorych na raka.
Takich słabych miejsc w służbie zdrowia jest w tej chwili wiele. Obawiam się, że wiele z takich przypadków trafiać będzie do i tak już bardzo obciążonych szpitali. Tym bardziej, że powodów do narzekań mieliśmy już wcześniej sporo, epidemia tylko spotęgowała te braki.

Co możemy zrobić? Przede wszystkim – siedzieć w domu do minimum ograniczając kontakty z innymi ludźmi. Akcja #zostanwdomu ma sens, choć w efekcie może wydłużyć czas trwania epidemii, rozkładając zachorowania w czasie. W ten sposób jednak mamy szansę na zmniejszenie liczby przypadków śmiertelnych i uniknięcia znanych z Włoch dylematów kogo podłączyć do respiratora, a kogo “spisać na straty”.  No i nawet zgrzytając zębami na władze – jeżeli możemy, to maksymalnie wspierać służbę zdrowia. Jest już sporo inicjatyw chociażby szycia i przekazywania maseczek, zbiórek pieniężnych na środki dezynfekcyjne czy nawet posiłki dla medyków, każdy może dorzucić swój grosik. Owszem, można się wściekać na władze, nie wierząc w ogóle w tak nachalnie lansowaną propagandę sukcesu, ale to nasze zdrowie i życie jest zagrożone i musimy o nie zadbać. Na rozliczenia przyjdzie czas później.